Czas czytania: 4 min

Chociaż Narew podobnie jak Amazonka jest rzeką anastomozującą, czyli płynącą wieloma korytami, nazywanie jej doliny polską Amazonią jest zdecydowanie na wyrost. Narwiańskie rozlewiska w porównaniu z potęgą południowoamerykańskiej królowej rzek wyglądają jak niewielki ciek wodny. Zresztą od cieku, a raczej słowa “nur”, którym nazywano niegdyś cieki i rzeki, pochodzi nazwa Narwi. Trzeba jednak przyznać, że nawet w tej mikroskali rozlewiska Narwi tworzą uroczy i kojący krajobraz.

Monotonna rzeka

Bo czyż nie można uspokoić się patrząc na ciągnące się aż po horyzont zielone bagna Narwi? Więcej, można się nawet znudzić, tak jak na ścieżce edukacyjnej w Narwiańskim Parku Narodowym. Ponad kilometr drewnianej kładki ze Śliwna do Waniewa, z obu stron zieleń, ta najbliższa to głównie pokrzywy, a pośród nich wijąca się rzeka Narew. Gdzieniegdzie pasące się po środku tego bagniska krowy. W głowę można zachodzić, jak się tu dostały, najpewniej po tej samej kładce edukacyjnej, po której spacerują turyści. Znawców przyrody, którzy w zielonym kobiercu bagien dostrzegliby grążel, rosiczkę, wielosił, widłaka lub inną z ponad 500 gatunków występujących tu roślin, właściwie nie widać. Fotoamatorów polujących na berkasa, derkacza czy kropiatkę jak na lekarstwo, z wież obserwacyjnych ani jednej wycelowanej w bagno profesjonalnej lufy aparatu. Ot, niedzielni turyści, bawiący się przy pontonowych przeprawach przez odnogi Narwi niczym w przeciąganie liny. Ale tylko za pierwszym razem, przy kolejnych czterech pływających pomostach już mocno znużeni oczekiwaniem i wolnym przyciąganiem przeprawy. Jakieś dwa kajaki tam, gdzie nurt pozwala płynąć, kilka łodzi pychówek przy brzegu (bo pływa się nimi odpychając od dna długim drągiem), mały szum na Narwi od strony Waniewa, dobrze wyglądający z daleka, ale rozczarowujący z bliska kościół, paskudna wieża obserwacyjna na plaży, plastykowa butelka zażywająca kąpieli w rzęsie, mały bar, jak na końcu świata, zamknięte kasy biletowe, chociaż to jeszcze polska złota jesień. Lekkie rozczarowanie, przynajmniej z poziomu piechura i rowerzysty. Ponoć o wiele lepiej eksplorować rozlewiska kajakiem. Z pewnością to duży atut Narwi i chwała tym, którzy turystykę kajakową na tym terenie rozwijają i promują. Będzie trzeba kiedyś skorzystać.

Narew w wyobraźni

Ale kraina ta musi przecież wyglądać inaczej, ciekawiej, bardziej kolorowo. I z pewnością tak wygląda, nie tylko z perspektywy kajaka, w różnych porach roku. A co ciekawsze, wyobrazić udało się to podczas oglądania wystawy fotografii, w dodatku czarno-białych! Jednak, co to były za fotografie! Samego mistrza Włodzimierza Puchalskiego, ojca polskiego filmu przyrodniczego, którego wystawę zdjęć ze wsi Morusy nad rzeką Narew, gdzie niegdyś mieszkał, można było oglądać jeszcze niedawno w Muzeum Przyrodniczo-Leśnym Białowieskiego Parku Narodowego. Pochodzące z lat 1947-1975 fotografie są nie tylko znakomitym zapisem historii wsi, ale też bogatym materiałem etnograficznym. A uzupełnione o wrażenia autora z obcowania z narwiańską przyrodą, pozwalają w pełni wyobrazić sobie, jak cudownym miejscem są rozlewiska Narwi.

Każdej wiosny okolice, gdzie Biebrza wpada do Narwi, zamieniają się w ogromne rozlewiska. To nadnarwiańskie wiosenne morze potrafi zaszokować, zafascynować każdego. Krótkotrwałość tego wspaniałego epizodu jeszcze bardziej wzmaga wrażenie, wywierane na obserwatorze. Bowiem owe masy wód zalewające okoliczne łąki i pola płyną przecież nieustannie i choć jest to niemal niedostrzegalne dla oka, odchodzą korytami rzek w swym odwiecznym dążeniu ku morzu. Krajobraz więc zmienia się z dnia na dzień i tam, gdzie jeszcze wczoraj lśniła błękitno-seledynowa powierzchnia bezkresnych wód, dziś już zielenieją łąki, które może pojutrze eksplodują złotem kwitnących kaczeńców*.

Lecz cóż pozostaje niedzielnemu turyście, który przechadza się kładką edukacyjną pełną wystających, zardzewiałych gwoździ. Kilka tablic z informacjami o tym fragmencie ciągnącej się przez prawie 500 km rzeki, ewentualnie grill lub ognisko na całkiem nieźle przygotowanym parkingu w Śliwnie. Ot, turystyka bagienna, jak niefortunnie nazwano ten sposób poznawania narwiańskiej przyrody.

Narew, a co z atrakcjami?

Z pewnością, najlepiej oglądać rozlewiska rzeki Narew z lotu ptaka. W większych miastach, jak Białystok, swoje siedziby ma kilka firm organizujących loty balonem nad Narwią czy Biebrzą. Atrakcja nie jest tania, ale co innego oglądać film nakręcony z drona, a co innego na własne oczy zobaczyć te przepiękne rozlewiska. To musi być naprawdę upojny widok. Ponadto okolica znakomicie nadaje się na rowerowe wyprawy. Dobrze przygotowane drogi, mały ruch samochodów, sporo polnych traktów, kilka atrakcji po drodze, jak XVIII-wieczny pałac Branickich w Choroszczy, stare dworki czy urokliwy Tykocin nad Narwią.

Tu można nie tylko zobaczyć ładny barokowy kościół przy rozległym rynku (jaka szkoda, że południowa wieża jest akurat w remoncie), klasztor XVIII z wieku, niestety mieszczący dziś dom pomocy, ale także dobrze zachowaną synagogę z XVII wieku oraz dom talmudyczny. Mniej interesujący jest zamek króla Zygmunta Augusta. Na XVI-wiecznych fundamentach postawiono współczesną imitację zamku, która wygląda dość kiczowato. Obok hotelu i restauracji, która się tam mieści, zwiedzić można jeszcze małe muzeum w zabytkowych podziemiach. Ale to, co Tykocin ma, to z pewnością klimat małych wielokulturowych, przedwojennych miasteczek. To prawdziwa perełka Podlasia, gdzie można nie tylko zwiedzić kilka ciekawych miejsc, np. Muzeum Kultury Żydowskiej, ale także sprawdzić jak smakuje czulent i kugel, potrawy kuchni, która dominowała w starej, żydowskiej dzielnicy miasteczka. A poza tym, czas spędzony na zadbanym rynku w Tykocinie, w ciepłe, jesienne popołudnie, to naprawdę przyjemne doznanie.

Ogórek zielony ma garniturek

Pragnący nieco bardziej zaznać lokalnej kultury, mają jeszcze ku temu okazję. W Kruszewie koło Choroszczy, jesienią (na zakończenie sezonu ogórkowego?) odbywa się festyn pod nazwą Dzień Ogórka. W 2016 roku goście tej zabawnej imprezy z ogórkiem w roli głównej, spotkają się już po raz 17. Szansa na uczestnictwo jest tym większa, że tegoroczny termin przesunięto z 4 września na 2 października, ze względu na ograniczenia związane z afrykańskim pomorem świń. Będą degustacje, występy, konkursy i inne wariacje, np. rzut ogórkiem do beczki, konkurs na największy ogórek, na najlepszą sałatkę z ogórków, na wiersz, a nawet piosenkę o ogórku. Czy komuś uda się pobić nieśmiertelny przebój o ogórku wąsatym, śpiewany przez, nomen omen, Fasolki? Być może, z pewnością zapowiada się interesująca, lokalna impreza.

Przepis na ogórki kwaszone narwiańskie. Bierzemy nieduże zielone ogórki, od 6 do 15 cm długości, pamiętając, że średnica ogórka nie może być większa od połowy jego długości. Najlepiej gdyby ogórki pochodziły z ekologicznych upraw w otulinie Narwiańskiego Parku Narodowego. Dodajemy przyprawy, głównie zioła, chrzan, koper i czosnek. Wkładamy do drewnianej beczki i zalewamy przegotowaną i ostudzoną wodą z solą (łyżka soli na litr wody). Zanurzamy w rzece, najlepiej w Narwi, gdzie beczka napęczniej i uszczelni się na tyle, że ogórki przetrwają aż do wiosny. Po roztopach wyławiamy beczkę i cieszymy się wspaniałym smakiem kiszonych ogórków. Smacznego!

Przez brukowane wioski, oglądając zadbane podwórka i stojące szczytami do drogi chatki, opuszczam dolinę rzeki Narew, dalej już tylko Puszcza Białowieska. Lekko znudzony, ale i ukojony urokiem tych okolic, ruszam na wschód, zasnąć spokojnie w ruskiej bani nad brzegiem zalewu Siemianówka, by nad ranem ruszyć do Białowieży i dalej na Białoruś. Dobranoc.

Galeria

*Cytat z albumu “Na rozlewiskach Biebrzy i Narwi” Włodzierza Puchalskiego.